Plac Centralny

Co łączy cara Aleksandra I, Józefa Stalina i Ronalda Reagana ? Oczywiście, Plac Centralny.

Pierwszy z nich zatrzymał się tutaj, gdy uciekał do Rosji po bitwie pod Austerlitz. Jego kareta zapadł się w błocie aż po osie - stąd miejsce nazwano Ośnymi Dołami. Imię Stalina nadano Placowi już po śmierci dyktatora, ponieważ nie udało się go uczynić patronem kombinatu (tę konkurencję wygrał Lenin, lecz czyż nie napisano w „Krótkiej historii WKP(b)”: Stalin to Lenin dnia dzisiejszego ?). Gdy potępiono kult jednostki, plac znów zaczęto zwać Centralnym. Przez długi czas nie miał on patrona, podobnie jak Wawel czy krakowski Rynek. Są bowiem nazwy tak bogate w treści, że nie ma potrzeby wprowadzać do nich zmian.

Aliści niedawno grupa krakowskich radnych, zamiast obdarzyć imieniem Reagana jakąś obwodnicę, postanowiła właśnie tu wykazać się kreatywnością. Rozpętało to prawdziwą burzę - bynajmniej nie dlatego, że Reagana się tu nie lubi czy nie ceni. Wręcz przeciwnie. Pięćdziesiąt lat to jednak spory kawał czasu – na tyle duży, by zaistniało zjawisko tradycji i żarliwego do niej przywiązania. W rezultacie więc Plac pozostawiono Centralnym, acz z krótkim dodatkiem: „im. Reagana”. Niby wilk został syty i owca cała, ale praktyka jest taka, że używa się tylko pierwszego członu nazwy.

Plac Centralny - najpiękniejszy ze wszystkich krakowskich placów - jako jedyny jest niezamknięty i niedokończony. Być może w przyszłych wiekach archeolodzy odkopią go i dojdą do wniosku, że nie domknięto go w celach rytualnych, by wyznaczał położenie gwiazd czy Słońca. Nie będzie to zresztą takie dalekie od prawdy.

Plan starej części Nowej Huty nawiązuje do dawnych koncepcji ukazania systemu geocentrycznego, ze stojącą nieruchomo Ziemią i planetami obracającymi się wokół niej po kryształowych obręczach. Swoimi formami, wywodzącymi się z ośmiokąta, architektura tej dzielnicy nasuwa też myśl o biblijnym Ósmym Dniu Tygodnia, kiedy to zgasną gwiazdy i zabłyśnie Słońce Sprawiedliwości - kojarzone w Nowym Testamencie z Chrystusem i Sądem Ostatecznym. Ośmiokątny kształt miały liczne średniowieczne kościoły (szczególnie templariuszy), Mauzoleum Hindenburga pod Stębarkiem oraz centrum Ułan Bator. Analogie można wynajdywać różne – w końcu na tym polega postmodernizm.

A skoro o nim mowa, to pierwsza większa budowla postmodernistyczna w Krakowie także tutaj się znajduje. Jest to osiedle Centrum E przy Placu Centralnym. Wraz z socrealistycznymi kamienicami z okresu Bieruta (Centra A, B, C, D), modernistycznymi wieżowcami z czasów Gomułki i Gierka (Centrum D), osiedle to stanowi prawdziwą wystawę dziejów budownictwa PRL. Widać tu wszystko: nowe pomysły i technologie, szaleństwa władców zmieniających normy powierzchni i okien oraz tak typowe dla PRL-u nieudane zmaganie się z jakością. Zwiedzanie tego naturalnego (i najciekawszego) skansenu budownictwa z ostatniego półwiecza stanowi moją pasję.

 

Jak hartowała się stal

Jednym z najbardziej fascynujących zjawisk w krajach tzw. demokracji ludowej była jednolitość myślenia obywateli. Jeden stereotyp wtłaczała do głów oficjalna propaganda, drugi - rodził się sam, na zasadzie buntu i przeciwieństwa. Właśnie ten drugi schemat powodował, że przez długi czas w opinii Polaków Zachód uchodził za nieskończenie mądry i wart naśladowania, zaś Wschód stanowił esencję brzydoty i prymitywizmu. Każdy towar przywieziony przed rokiem 1989 zza zachodniej granicy czczony był nieomal jak relikwia. Zwykła guma do żucia przyprawiała o ekstazę (w Związku Radzieckim można było ją nawet wymienić na złote pierścionki).

Media pokazywały całkiem odwrotną wizję świata – degenerację zachodniej cywilizacji, urodę radzieckich czołgów niosących światowy pokój i serial dla młodzieży „Jak hartowała się stal”. Obrzydzenie, jakie to w ludziach budziło, rozciągało się też, niestety, na Nową Hutę i na wiele lat przesądziło o sposobie jej postrzegania przez Polaków. W czasach komunizmu Nowa Huta była w telewizji właściwie na okrągło. Każdego dnia z „Kroniki krakowskiej”, a potem z „Dziennika” dowiadywaliśmy się o kolejnych wytopach stali, nowych maszynach czy wizytach partyjnych dygnitarzy.

Wszystko zmieniło się w 1980 roku. Gdy nadeszło 16 wielkich miesięcy „Solidarności”, okazało się, że znamy na pamięć zakłady przemysłowych w Polsce i bardzo sobie tę wiedzę cenimy. Robotnicy stali się bohaterami tamtych czasów. Młodzi ludzie chłonęli nazwy strajkujących fabryk, nazwiska działaczy walczących o obywatelskie prawa, a potem listy zatrzymanych. W okres stanu wojennego, który nastąpił później, Nowa Huta weszła już z zupełnie innym obliczem. Zrzuciła z siebie odium komunistycznej propagandy, stała się miejscem wolności i heroizmu.

Dziś znów jej obraz w świadomości Polaków się zmienił. Zapewne najbardziej w młodym pokoleniu. Dla nas jednak, 40-latków, Huta nigdy nie stanie się tylko gąszczem rur, opuszczonych hal i marazmu z trudem dźwigającej się Polski. Przyjeżdżaliśmy tu z Krakowa na demonstracje, walczyliśmy z komuną – to miejsce sacrum.

 

W cieniu Lasku Bulońskiego

W latach 90., będąc kustoszem Dworku Matejki w Krzesławicach, chodziłem na przystanek tramwajowy pod bramę huty. Gdy robotnicy wychodzili ze zmiany, w rachitycznym lasku obok przystanku przystawało czasami dwustu chłopa. Gromadzili się w małych kółkach i ogrzewali piwem albo wódką. Między drzewami uwijali się zbieracze butelek (można się było tu dorobić magnackich fortun). Wieczorna zmiana wzbogacała menu o kiełbaski, a ich zapach spływał wesoło w dolinę Dłubni. Obok ulokowano sklep, gdzie można było kupić kieliszki, szklanki i coś do przegryzienia. Panowała ogólna kultura. Nie przypominam sobie stamtąd jakichś awantur, choć chadzałem tą drogą do tramwaju osiem lat. Historyczne przekazy wspominają o rzekomych bójkach, jakie toczyły tu ze sobą całe wydziały kombinatu. Nie daję im jednak wiary. Oprócz pojedynczych osób znużonych snem, nie spotkałem w Lasku Bulońskim żadnego powalonego człowieka.

Lasek wziął miano od miejsca ulubionych spacerów paryżan. W dawnych czasach, czyli w połowie lat 70. zeszłego wieku, to właśnie Francja nadawała ton światowej kulturze. Dziś zapewne nazwano by lasek Central Parkiem, ale wtedy Nowy Jork nie był jeszcze na topie. O Lasku Bulońskim za to stale mówili bohaterowie francuskich filmów, masowo wyświetlanych w kinach i telewizji. Za najpiękniejsze kobiety uchodziły Brigitte Bardot i Catrin Deneve, za najlepsze piosenkarki - Piaff, Mattie i Dalida, a za amantów – Delon i Belmondo. W tych właśnie czasach lasek pod bramą huty zyskał swoją nazwę.

Tuż za nim, jeśli patrzeć od strony Krakowa, znajdują się budynki Centrum Administracyjnego huty. Te także szczycą się romantyczną nazwą. Dla odmiany określa się je z włoska - Pałacem Dożów względnie Watykanem. Do dziś zdumiewa artystyczna intuicja (wiedza?) fundatorów tych nazw. Istotnie, architektura Centrum Administracyjnego nawiązuje do włoskiego renesansu – kojarzą się z nim zwłaszcza okazałe attyki, którymi zwieńczone są budowle. Gdy jedzie się tramwajem od Placu Centralnego, z daleka pysznią się na horyzoncie jak włoskie rezydencje pałacowe. Czy inspiracją dla twórców ich nazw była także kultura masowa? Niewykluczone, zważywszy na fakt, że mniej więcej w tym samym czasie od biustu Lollobrigidy wziął nazwę wyciąg narciarski w Szczyrku. Być może jednak ich genezy wcale nie należy wywodzić z filmu. Chociaż twórczość Felliniego powszechnie była znana, włoska kultura dominowała głównie na ulicy – w postaci małych i dużych fiatów, które dość monotonnie wypełniały polskie drogi.

Bar Meksyk

Nieco inaczej wyglądała sprawa z Meksykiem. Kraj ten, skłócony z Ameryką, ocierający się co jakiś czas o socjalizm, ale generalnie pogrążony w anarchii, był przez komunistów bardzo lubiany. Podobnie jak Polska, uchodził za „rozwijający się”. Ludzie znali go z fimów opiewających dzielnych rewolucjonistów, takich jak Pancho Villa i Emiliano Zapata. W gigantycznych nakładach wydawano też albumy z malarstwem Orozca, Siqueirosa, Rivery i Fridy Khalo - słowem, dawano dowody serdecznej z Meksykiem zażyłości. Kokieteria ta jednak na niewiele się zdała. Meksyk zatrzymał się w połowie drogi do socjalizmu i nie chciał się z nami bratać.

Jego nazwą ochrzczono natomiast osiedle baraków w Pleszowie, gdzie mieszkali budowniczowie Nowej Huty. Panowało tu bezprawie jak na granicy teksasko-meksykańskiej. Barbarzyństwo to najtrwalsza legenda tego miejsca. Tysiące młodych ludzi, wyrwanych ze swojego wiejskiego środowiska i stłoczonych na małej przestrzeni, nie mogło zachowywać się inaczej. Gdyby władze zgodziły się - jak było to w innych krajach - na łagodzącą konflikty działalność Kościoła, sytuacja byłaby może inna. Jednak tu nie było na to szans. Wszystko pogarszały jeszcze warunki bytowe. Ludzie pozbawieni byli podstawowych wygód, spali w wieloosobowych pokojach, nierzadko w ubraniu, którego ze zmęczenia mieli siły ściągać. Nic dziwnego, że gdy nowy ustrój zachęcał do obalania dotychczasowej moralności i budowania nowej, wolnej od „burżuazyjnego fałszu” - na skutki nie trzeba było długo czekać. Zaczął się Meksyk. Nawet wprowadzenie prohibicji czy rozłączenie kobiet i mężczyzn nie dawały efektów.

Dziś tamte czasy przypomina tylko nazwa baru i stojącej obok stacji benzynowej. Ich cywilizowany wygląd świetnie maskuje przeszłość tego miejsca. We wtajemniczonych wciąż jednak budzi ono wspomnienia, nie zawsze te najgorsze.

 

Pas startowy

W czasie drugiej wojny światowej Niemcy zdobyli kilka wielkich samolotów alianckich. Amerykanie, licząc się koniecznością z zajęcia całej Europy, budowali maszyny dalekiego zasięgu, ogromne. Teraz Niemcy wykorzystywali je w tajnych misjach, co pozwalało im zrzucać dywersantów nawet za Uralem. Problem był tylko jeden - samoloty te potrzebowały wyjątkowo długiego rozbiegu. Przerobiono więc dawny pas startowy w Czyżynach, wydłużając go o parę kilometrów. Tak powstał jeden z najciekawszych obiektów w Nowej Hucie.

Pas jest pamiątką po dawnym lotnisku rozciągającym się od Rakowic aż do Bieńczyc. Jak betonowy ocean, dość surrealistycznie pojawia się między blokami, by znów zniknąć w ogródkach działkowych, trawnikach czy szosach biegnących prostopadle do niego. Wykorzystują go rajdowcy i instruktorzy jazdy, bo przy najbardziej nieudolnym manewrowaniu pojazdem nie da się tutaj spowodować wypadku. Na pozbawionym zieleni pasie nie spotyka się też spacerowiczów.

Pojawiło się wiele planów zagospodarowania tego miejsca, odkąd w połowie lat 60. definitywnie zamknięto lotnisko w Czyżynach. Wbrew opinii fachowców, którzy chcieli zachować unikalne w Europie założenie portu lotniczego, władze zdecydowały o wystawieniu na nim blokowiska.

Dopiero niedawno przyjęto koncepcję stworzenia z tego, co pozostało, Parku Kulturowego Lotników. Być może w ten sposób uda się uratować istniejące jeszcze budynki, hangary, bunkry i nasypy ziemne. Szkoda, by pochłonęły je nowe dzielnice mieszkaniowe. Nawet w tym stanie stanowią wciąż atrakcję dzielnicy.

 

Boisko za „Łaźnią”

Miedzy obecną siedzibą „Nowej Łaźni” a ulicą Bulwarową rozciąga się sporej wielkości boisko SKS „Krakus”. W tym klubie sportowym ćwiczyła niegdyś Elżbieta Zającówna – dziś znana aktorka warszawska, ale to nie jedyne związki tej przestrzeni z teatrem. Kiedy przed laty budowano Nową Hutę, stał tu barak mieszczący robotniczą scenę „Nurt”. Ten amatorski teatr, kierowany przez dziennikarza i społecznika Jana Kurczaka, stanowił pierwszą tego typu placówkę na terenie dzielnicy. Znajdowała się ona dokładnie na wprost bramy, którą wchodzi się na boisko od strony ul. Bulwarowej.

Wznosząc Nową Hutę, starano się przede wszystkim wystawić domy dla jej budowniczych, którzy koczowali w przeludnionych barakach, hotelach robotniczych czy wręcz pod namiotami. Marnowanie materiałów budowlanych na placówki kulturalne było w opinii decydentów błędem (z podobnych względów – nie tylko ideologicznych - uważali oni za zbędne wznoszenie obiektów sakralnych).

Z drugiej strony, rozbudowana ceremonia socjalistycznych imprez wymagała ludzi z wyszkolonym głosem i poprawną dykcją. Głównym punktem akademii „ku czci...” była recytacja wierszy i śpiewanie pieśni. Stąd przy bazach organizowano amatorskie kółka teatralne, do których dyrekcja kierowała co zdatniejszych – zresztą nie bez oporów z ich strony. Nie można się temu dziwić, skoro zajęcia skracały im czas odpoczynku po ciężkiej fizycznej pracy. Adept szkoły instruktorów kulturalno-oświatowych w Łodzi, Piotr Skrzynecki, po przyjeździe do Nowej Huty narzekał, że aktorzy zasypiają mu na próbach. W końcu z ulgą pożegnał bazę w Bieńczycach, by zająć się teatrem amatorskim w wodociągach na Bielanach.

„Nurt” był sceną czysto amatorską. Dawał różne przedstawienia, ale zawsze spotykał się z aplauzem robotniczej widowni, spragnionej jakiegoś kontaktu ze sztuką. Na pierwszy spektakl przyszło tylu ludzi, że nie mogli pomieścić się w sali. Podobnie było z następnymi występami. Publiczność, w dużej mierze złożona z kolegów aktorów, reagowała na wszystko entuzjastycznie.

„Nurt” zapoczątkował dobrą passę teatralną Nowej Huty. Niemały wpływ (i to dobroczynny) wywarła na nią polityka władz. „Kulturalny” Kraków traktował Hutę jako miejsce zesłania dla reżyserów niepokornych i twórczych – tych, którzy swoimi pomysłami wprowadzali niepotrzebny chaos w życie miasta. Dzięki temu Nowa Huta stała się szybko symbolem nonkonformizmu i artystycznych poszukiwań - miejscem, gdzie ciągnęli miłośnicy teatru, by po latach opowiadać wnukom, na czym polega prawdziwa sztuka.

 

Zalew

Mieszkałem w wielu miejscach Krakowa i widok z okna miałem rozmaity, ale najmilej wspominam czasy, gdy byłem kustoszem w Dworku Jana Matejki w Krzesławicach. Moje służbowe mieszkanie znajdowało się na poddaszu, a okna wypełniała zieleń rozległego parku. Była to istna dżungla, którą z uporem karczowałem, chcąc wydobyć zarys dawnego ogrodu z czasów mistrza Jana. Kiedy z drzew opadły liście, widziałem z balkonu srebrną taflę zalewu i wydawało mi się wtedy, że jestem na Mazurach.

Zalew w Nowej Hucie uratował niegdyś kombinat. Do procesu technologicznego wytopu stali potrzebna jest woda, dużo wody. Jednym z powodów niewystawienia huty na Górnym Śląsku była obawa, że tam nie będzie jej dostatecznie wiele. Gdy rosyjscy inżynierowie, Zybin i Pleszkow, ujrzeli z Kopca Wandy królową naszych rzek, a jednocześnie stwierdzili, że brzeg jest na tyle wysoki, iż nie grozi powodzią, polecili zbudować kombinat pomiędzy wsiami Pleszów i Mogiła.

Kiedy przystąpiono do budowy Nowej Huty, woda w Wiśle była czysta. Ale gdy w 1954 roku miał ruszyć kombinat, był to już zwykły ściek. Odbudowane i nowo powstałe zakłady Górnego Śląska, przez który ta rzeka wcześniej przepływa, wyrzucały do niej odpady produkcyjne, a przede wszystkim sól. Potężnie zatruwały ją także zakłady chemiczne w Oświęcimiu, a i prastary Kraków dorzucał co nieco. W sumie okazało się, że filtry nie będą w stanie na tyle uzdatnić wody, by nadawała się do maszyn. Na szczęście powstał dla potrzeb ludności spory zalew pomiędzy hutą a pierwszymi osiedlami i teraz można go było przeznaczyć na potrzeby kombinatu.

Kiedyś w zalewie można się było kąpać, korzystając z szerokiej piaszczystej plaży. Zostały po niej jedynie resztki pryszniców przy kładce prowadzącej do Dworku Matejki. Znikła też spora wieża obserwacyjna, która stała tam jeszcze w latach 90. W ruinę obróciła się scena, a wszystko zarosło czarnym bzem. Na szczęście ostatnio zaczęto otoczenie zalewu przywracać do dawnej świetności.

 

Osiedle Teatralne

W latach 50. w polskiej prasie ukazywały się często satyryczne rysunki poświęcone chińskiemu generałowi Czan Kaj Szekowi, który schronił się przed komunistami na wyspę Tajwan. Na próżno cały postępowy (tj. socjalistyczny) świat domagał się przyłączenia tej zbuntowanej prowincji do Chińskiej Republiki Ludowej. Na dodatek z trudnych do wyjaśnienia przyczyn kapitalizm na Tajwanie zamiast do uwiądu prowadził do szybkiego rozwoju. W samych zaś Chinach, mimo rozkwitu marksizmu-leninizmu wciąż nie było lepiej, chociaż Mao Tse Tung wydał już wojnę prawie wszystkim. W końcu prześladowano nawet wróble, które uznano za agentów imperializmu czyhających na kołchozowe ziarno. Tępiono je cierpliwie i zaciekle, a wzrostu plonów – nie było. Tymczasem Tajwan omijały wszystkie nieszczęścia. Ciągle wzrastał w siłę i sycił się absurdalnym dobrobytem. Nic dziwnego, że prasa całej socjalistycznej części globu używała sobie na nim do woli.

Nazwa „Tajwan” tak zakorzeniła się w świadomości ludzi, że gdy w pewnej odległości od centrum Nowej Huty zaczęto w szczerym polu wznosić os. Teatralne, miejscowi przezwali je właśnie w ten sposób. Wiele lat później Tajwanem ochrzczono hotele robotnicze położone na kolejnych krańcach miasta - Wzgórzach Krzesławickich.

Kiedy w latach 50. wybuchła burza związana z publikacją „Poematu dla dorosłych” Ważyka (opisał on tam dzikie warunki panujące na nowohuckich osiedlach), rząd polecił wybudować w ekspresowym tempie dwa duże kina. Wybudzono w środku nocy architekta - znanego budowniczego Nowej Huty, prof. Stanisława Juchnowicza - i nakazano mu do rana obmyślić lokalizację kin. Jedno z nich architekt umiejscowił na Tajwanie – to dzisiejszy „Świt”, drugie – przy Placu Centralnym („Światowid”). Potem w pobliżu Świtu”, po drugiej stronie pustego jeszcze osiedla, wybudowano według proj. Janusza Ingardena Teatr Ludowy. Obok niego miał stanąć kościół, ale – jak wiadomo – wystawiono tam szkołę „tysiąclatkę”. Rozruchy, jakie wywołała zmiana ostatniego z projektów przeszły potem do historii jako słynna „walka o krzyż nowohucki”.

Jest więc Tajwan-Teatralne miejscem nader ciekawym. Działo się tam wiele ważnego w dziejach Nowej Huty, a i tutejsza architektura też należy do najładniejszych w dzielnicy.

 

Czołg

„Deszcze niespokojne potargały sad…” – tak zaczynała się piosenka otwierająca czołówkę polskiego serialu wszech czasów - „Czterech pancernych i psa”. Ponieważ telewizja emitowała go co roku, a jeszcze na początku miał niewielką konkurencję, szybko stał się filmem kultowym. Dzieci czerpały z niego natchnienie do zabaw, a spory o to, kto będzie Jankiem, a kto Szarikiem, zatruły niejedną chwilę beztroskiego dzieciństwa. Jedyną konkurencję dla pancernych stanowili kapitan Kloss i Stirlitz, ale tak naprawdę Janka wyparł dopiero w latach 80. Bruce Lee.

Dzieci z Nowej Huty miały nad innymi tę przewagę, że w ich dzielnicy znajdował się czołg. Nie tylko zresztą on. Przed wejściem do Muzeum Lotnictwa stał opuszczony Daglas Dakota z II wojny światowej. Można tam było wejść do środka i posiedzieć za sterami, a raczej za tym, co z nich zostało. Dziś skrzydła tego samolotu pełnią funkcję drogowskazów do Muzeum, a po samej maszynie nie ma już śladu. Do tego dochodziły jeszcze opuszczone forty i stare bunkry przy lotnisku. Chłopakom z Huty było czego zazdrościć.

Powróćmy jednak do czołgu. „IS – 2”, bo takie imię nosił, był skrótem od słów: Józef Stalin. Ogromna maszyna, ważąca 46 ton, brała udział w forsowaniu Odry pod Toporowem i zniszczyła trochę niemieckiego sprzętu pod Budziszynem. Wycofana z eksplatacji w 1969 r., została - jak wiele innych pamiątek - przekazana do Muzeum Czynu Zbrojnego Kombatantów Huty im. Lenina na os. Górali. Dziś właśnie tam można ją podziwiać..

Samo muzeum, choć nieduże, zawiera wiele ciekawych eksponatów z I i II wojny światowej. Są tu na przykład fragmenty przedwojennego okrętu podwodnego „Sęp”, sporo niemieckiej broni, mundury, zdjęcia, dokumenty, sztandary... Niedawno ktoś się do obiektu włamał. Była to bezmyślna kradzież, bo złodzieje więcej poniszczyli niż wynieśli. Niestety, zaginionych eksponatów nie dało się odzyskać. Pewnie trafiły na bazar staroci na Grzegórzkach, gdzie zostały sprzedane za grosze.

Na opracowanie i wydanie czekają wspomnienia kombatantów - pracowników nowohuckich zakładów oraz ludzi, którzy mieszkali na tych ziemiach przed wybudowaniem miasta. Będzie to zajmująca książka.

 

Kopiec Wandy

„Heros, Wanda Te salutant” (łac. Bohaterze, Wanda Cię pozdrawia) - głosił napis na Bramie Triumfalnej stojącej przy kopcu Wandy, gdzie w 1814 r. przejeżdżał car rosyjski, Aleksander I. Car podążał tą drogą na Kongres Wiedeński, a Polacy łączyli z nim wielkie nadzieje, zwąc go „Carem-Aniołem”. Nawet Kościuszko, sędziwy już podówczas, pisał do niego wiernopoddańcze listy.

A jeszcze parę lat wcześniej, po bitwie pod Austerlitz, dokładnie tą samą drogą car uciekał przed Napoleonem. Wtedy jego kareta zaryła się w błocie tam, gdzie dziś jest Plac Centralny. Monarcha musiał pieszo udać się do klasztoru w Mogile, by żebrać o ratunek. Omal go wtedy nie rozpoznano, ale zręcznie wyjaśnił swe podobieństwo do Imperatora, twierdząc, że … wszyscy Rosjanie są do siebie podobni. Czy mnisi uwierzyli...? Tak czy owak, udzielili mu pomocy i car uszedł z życiem.

140 lat później na kopiec Wandy weszli dwaj radzieccy inżynierowie, przysłani przez Stalina dla wybrania lokalizacji huty, którą ZSRR chciał podarować Polsce. Miejsce przypadło im do gustu. Płaski teren wysoko, ponad brzegiem Wisły, nadawał się na budowę. Imię Wandy też nie było radzieckim towarzyszom obce, bo nosiła je Wasilewska, a na dodatek pobliska wioska, Pleszów, nazywała się tak samo, jak jeden z członków rzeczonej komisji - Pleszkow. On to właśnie wyjął fajkę z ust, zatoczył ręką koło i rzekł: „Wot – zdies’!”.

Wkrótce po tych wydarzeniach kopiec Wandy niemal sam nie zmienił lokalizacji. Ktoś w urzędzie stwierdził ze zgrozą, że z jego szczytu można wykonywać zdjęcia szpiegowskie, bo kombinat widać stąd jak na dłoni. Szczęśliwie nie zdążono pośpieszyć hucie z pomocą.

Potem plany się zmieniły, ale kopiec znów był zagrożony, gdyż postanowiono zbudować tu osiedle. Teren miał zostać splantowany, a kopiec usypany w innym miejscu. Pomysł ten jednak wywołał powszechne oburzenie, a akcja kierowana przez historyka sztuki, prof. Karola Estreichera, odniosła skutek i rzeczy zaniechano. Niestety, nie udało się ocalić resztek austriackiego fortu, który otaczał kurhan. Niszczono go po kawałku, aż w końcu budowa pętli tramwajowej zadała mu ostateczny cios.

Maciej Miezian